upadek bez podnosin.
na rękach nie umiem podnieść się już, nawet jeśli ktoś dwa kciuki wyciągnie w moją stronę. choć nie wyciąga. wyimaginowanych kciuków próbuję się złapać ale przy każdym ruchu rozpływają się bo zrobione są z dymu papierosowego. najbardziej nietrwały materiał w tym systemie gwiezdnym.
na dwa kciuki tylko liczę, wiszące nad głową, dwa kciuki w górę skierowane, te ręce, które są i prostym gestem mówią ci, że będzie okej, że my kciuki jesteśmy tutaj i będziemy jutro i za tydzień też. bez kciuków jest pusty sufit w górze, daleko, odbijający lustrzanie podłogę. a ona blisko, w plecy wbija się kiedy tak leżysz.
niewiele możesz zdziałać leżąc, tylko stopy swoje obejrzeć, może złapać je czasem. nigdy jednak nie postawisz się samemu na nogi, nie dziś i nie bez wyciągniętych ku tobie kciuków bo kręgosłup twój jest miękki i ty jesteś miękka.
pustostan myśli i nawał myśli i naraz do pary w twojej głowie, bo leżysz i patrzysz w sufit i nic nie mówisz i nic nie robisz i nic nie ruszasz się. więc z braku czegokolwiek zajadasz się myślami, najsmaczniejsze są te ciężkostrawne. te, które odbijają ci się i latają jak uparte bańki powietrza po twoim niedojrzałym przełyku, po twoim niedojrzałym wszystkim.
mażesz się i płaczesz i skomlesz jak pies i wijesz się na dywanie i prosisz sufit o pomoc ale on jest daleko, daleko za daleko i nie zejdzie do ciebie więc cóż - radź sobie sama.
od leżenia odleżyny, od machania rękami machinacje i czaszka jeszcze miękka w kilku miejscach, wrażliwa na uraz i przezroczysta. wszystko można dojrzeć co w środku i szybko można się dowiedzieć, że pusto tam jest, niewiele dzieje się. tylko codzienność leżenia i wołanie o pomoc kciuków.

jutro, za tydzień lub za rok odkryjesz, że masz siłę w mięśniach. że jesteś więcej niż zbitkiem nieuformowanych, wadliwych tkanek, nauczysz się kontrolować to wszystko i w końcu, po wielomiesięcznych próbach zrobisz krok. jeden i dwa i trzy. i wyjdziesz przez drzwi i pożegnasz czule sufit.
a o kciukach? o kciukach zapomnisz. będą inne. i to całe ręce.

(06.12.2013 :: 00:02).


Walizka pełna brudnej szklanki.



Pierwsze zdanie zawsze wychodzi najtrudniej. Przeciska się przez cieśninę gardła, myślopalcy, przestrzeni pomiędzy nierzeczywistością koncepcji a namacalnością liter. Pierwsze zdania zawsze są zmorą tych, którzy niepoukładani zupełnie chodzą gdzieś z głową wetkniętą do kieszeni i układają jedynie wewnątrz samych siebie kilometrowe wywody. Perfekcyjne akapity kleją się im wyłącznie wirtualnie, nie chcąc zmienić się na to, co mogłoby pojawić się naprawdę. Na nic co mogłoby zostać gdzieś przytoczone, wysupłane spod ciężkich kotar zadymionego umysłu.

To poniekąd jednak fantastyczne zjawisko, że umysł tak właśnie pracujący zaciemnia wszystko. A w tym zaciemnieniu potrafi każdy temat – niezależnie od jego absurdalności, niezależnie od bezsensownego idiotyzmu dobranych słów, przetworzyć tak aby znaleźć usprawiedliwienie do egotycznego rozmyślania nad sobą samym. Nad problemami dnia – nawet nie codziennego a jedynie dzisiejszego.

Właściciel takiego umysłu może mieć wiele wspniałych pomysłów, koncepcji na to o czym opowiadać. Może składać w ustach i wypluwać kulki kreacji jak zbitki flegmy. Od niechcenia i w wolnych chwilach, pomiędzy przekraczaniem chodników wielkiego miasta. Zawsze jednak będzie ograniczony swoim ciasnym umysłem, z tymi wszystkimi przegródkami, które pozamykane są na zamki. Przegródki mieniące się setkami kolorów, jak pudełeczka babć z nitkami, włóczkami i kolorowymi łebkami szpilek. Wszystko można tu znaleźć ale nigdy nie ma do tych cudowności dostępu. Przegródki otwierają się same z siebie w chwilach ekstazy – a częściej smutku i głębokiej kontestacji rzeczywistości. Narcyzm i egoizm artysty to jednocześnie najgorsza i najlepsza rzecz.



Pani Henia porządkowała rzeczy na zewnątrz swoich szuflad. Wszystko powywracane leżało, jakieś takie brzydko chaotyczne, zupełnie niechciane. Pani Henia lawirowała zręcznie pomiędzy tym paskudnym bałaganem składając swoje ubrania niczym zeznania na policji – sumiennie i powoli. Dokładnie analizowała każdy swój ruch. Pod ścianą leżały torby podróżne, kraciaste i kolorowe. Do nich przyporządkowane były zbiory przedmiotów – a to szklanki, a to sterty figurek z lanego szkła zakupionych na deptaku małego miasteczka. Wszystko miało swoje miejsce w tym wielkim poruszeniu. Chaos był jedynie pozorny, nieporządek na niby.

Życie pani Heni dobiegało końca – końca dobiegało to, co działo się tam i wtedy – tu i teraz. Nadchodziły dni niepewności podczas których należało znaleźć odpowiedni dom wszystkim swoim cennym drobiazgom uzbieranym przez tyle lat. Dziś to nie miało już znaczenia. Pani Henia przestała być panią swojego losu – więc tym bardziej nie mogła opiekować się tak cenną kolekcją drobnych bibelotków. Wszystkich małych, kolorowiutkich akcesoriów, które pożerają czas i wagę. Od dziś uwagę pani Heni przyciągać miało zgoła co innego. Sprawy o tyle wszakże ważniejsze niż ona sama – brzydka, lekko już spuchnięta i oklapnięta, nadgryziona przez czas w sposób widoczny. Tym bardziej nie mogła zupełnie być wybredna – narzekać na rozłąkę z tym swoim ciasnym światem, w obliczu możliwości uczestniczenia w czymś większym, w czymś po stokroć ważniejszym.

Jej brzydka twarz dostała wyjątkową szansę od losu – mogła od dziś kąpać się w blasku słońca słońc, papierowa skóra mogła doświadczyć dotyku alabastrowych palcy a niewielkie piersi miały szanse znaleźć się w doświadczonych, zręcznych dłoniach mistrza. Dziś wszystkie bzdurne zainteresowania czy pragnienia pani Heni nie miały już racji bytu.
Pan Marian był całym światem. Mężczyzną z krwi i kości, mężczyzną z jajami, z brodą, z ostrym zarostem kłującym szklistą rzeczywistość prosto między oczy. Pan Marian łapał w swoje sieci kuse spojrzenia wszystkich dam, zawsze gdy rano sunął do sklepu, zawsze gdy z niego wracał niosąc w garści naręcze kopru czy szczypiora. Niezwykłe to szczęście było w życiu pani Heni znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie dzięki któremu przyciągnęła uwagę pana Mariana. Od tamtej pory jej głupiutki, mały świat ruszył na nowo. Gwiazdy zaczęły spadać z nieboskłonu prosto pod stopy tej dziwacznej pary. Ich miłość oglądana była z zazdrością przez ciekawskie pary oczu.

Pani Henia nie miała wątpliwości gdy usłyszała zasady.

Zyskasz Heniu światło, piękno, artyzm, muzykę duszy, nowy, wspaniały świat – ah, Heniu, to są rzeczy, za które lepsi niż ty życie by oddali! Bez wahania! Czymże jest więc w ramach zapłaty życie to twoje? To twoje małe pitu-pitu od poniedziałku do niedzieli? Pitu-pitu co efektów żadnych nie daje? Twoje marne potrzeby i uczucia. Przeterminowane poglądy, pragnienia, wizje świata? Czy naprawdę tak bardzo je cenisz?

Pani Henia nie ceniła ich wcale. Ochoczo oddała wszystko co miała pod ręką, wpadając w wir szaleńczej miłości.



Dziś gdy jej twarz spływa coraz niżej i niżej pani Henia rozważa botox. Sprawdza cenę w google a potem wysupłuje jednogroszówki i wrzuca do metalowego pudełka po herbacie. Łzy mieszają się lekko z lepkim tłuszczem, kształtem niegdyś ładnej całkiem twarzy – dzisiaj rozmazanej ciastoliny bez widocznych krawędzi.



Kiedyś miała twarz, szacunek do siebie i pokój pełen szklanych figurek – dziś ma dwadzieścia groszy na operacje i ostatnią walizkę. Walizkę z jednym tylko szklanym kubkiem w środku. Wspomnienie kolekcji, za którą nie warto było oddawać życia.

(05.03.2013 :: 00:45).


Pierwszy, i może też jedyny, sneak-peak mojej uber przekminionej i rodzącej się w bólach poranków, "powieści" (cokolwiek to oznacza) pod znamiennym tytułem Bezsen. 
I w zasadzie jej główna historia nie jest tu istotna i wcale wam o niej nie powiem, bo to tajemnica zamknięta w twierdzy szyfrów. Ale w skrócie jest to głęboki wgląd w to, tak zwane, otoczenie i tych, tak zwanych, ludzi i te, tak zwane relacje, i te, tak zwane, egzystowanie. W sumie wydaje mi się, że każdy kto ma w głowie coś więcej niż kaszankę zwojów mózgowych na pewnym etapie rozwoju znalazł się w sytuacji patowej, gdzie jedynym słowem określającym każdy z dni było BEZSENS.
A główną postacią w książce jest Kot. Na przykład. O.


So here it goes:




Maria aktywnie uczestniczyła w życiu towarzyskim wielkiego miasta, w jakim przyszło jej żyć. Znała imiona i numery telefonów prawie wszystkich, których imiona i numery telefonów należy znać aby wiedzieć gdzie i kiedy wypada się pokazać. Gdzie przyjść aby być. Być po prostu TĄ osobą. Tą taką, o której piętnastoletnie dziewczynki w Pokotowicach Dużych pod Łodzią marzą by choć na jeden dzień została ich przyjaciółką. By opowiedziała im jak naprawdę, i po godzinach, zachowują się celebryci znani im tylko z ekranów telewizorów i kanału YouTube. Przesadne uwielbienie świata, który pojawił się przed nią, nie wymagając żadnego większego wysiłku, stymulował ją jednak pozytywnie tylko do pewnego momentu. 
Gdy dusi cię w środku sama świadomość nietrwałości i całkowitego bezsensu jaki przebija przez cienką warstwę istnienia, wszystko co jest piękne zdaje się być na wagę złota. Piękni ludzie, piękne miejsca. Bardzo dużo kolorowych drinków, rozmowy o tym i o tamtym. Głównie o tamtym. Najczęściej bez większego znaczenia. Wszyscy ładni chłopcy, wszystkie wypucowane i zrobione dziewczęta, wszystkie kolorowe sukienki z wystaw tych droższych sieciówek, wszystkie ajfony nowej generacji, wszystkie samochody z szyberdachami i matowym lakierem, wszystkie uśmiechnięte twarze, wszystko kiedyś, później, tu i teraz, wszystko, wszystko, wszystko, w tej galaktyce, każdej następnej, w czasoprzestrzeni i energii świata – właśnie to wszystko było jej narkotykiem. Narkotykiem, który do pewnego momentu zasłonił smutki i żale. Dał sens.
Czyżby Maria znalazła miejsce i świat, w którym jej wielogodzinne rozmowy z własnym, lustrzanym odbiciem straciły na znaczeniu? Istoty, które prostotą swojego myślenia i celów życiowych przypomniały jej, że – koniec końców – wszyscy jesteśmy tylko workami z kośćmi, które rozpadną się prędzej czy później. Tak, tak jej się wydawało. 
A jednak zupełnie tak nie było. 
Im głębiej wchodziła między tych ludzi, im więcej czasu z nimi spędzała i im dłużej – nie mając ani konkretnego planu, ani strategii – obserwowała ich zachowania – tym bardziej czuła jeszcze większy bezsens przebijający z ich bezrozumnej egzystencji. Uśmiechnięci na wierzchu i całkiem czarni w środku chłopcy, którzy wyperfumowani machają przed dziewczętami swoimi super wizytówkami. Jestem dziennikarzem, jestem Djem, jestem prezesem firmy, jestem fotografem, stylistą, makijarzystą gwiazd. Zrobię ci portfolio. Za darmo. Tylko chodź, chodź do mnie na noc. Mam super fajne małe mieszkanko, cóż, kawalerkę w zasadzie. Ale blisko centrum. I ładną. Mam bowiem wyczucie do wystroju wnętrz. Opowiem ci po krótce historię mojego życia – oczywiście tą skróconą, wyedytowaną wersję, w której nie obnażam się niebezpiecznie a jednak daję Ci, mała, złudne wrażenie, że jestem tak bardzo głęboki i emocjonalny. Przeżywam wiele rzeczy. W tej prezentowanej Tobie wersji wydarzeń to są rzeczy ważne. Tak naprawdę głównie przeżywam to ile kondomów zostało mi w kosmetyczce stojącej w łazience a ile ich jeszcze mam na stoliku nocnym. Obliczam patrząc na Ciebie potencjalną liczbę stosunków. Będę Cię fałszywie przytulać do samego rana – a potem zaproponuję śniadanie. Jeśli spiszesz się to być może nawet razem zamówimy do domu makaron wegański z bakłażanem i cukinią. Będziemy go jeść oglądając jeden z pseudo – ambitnych filmów. Jestem tak mało ambitny w swoim dążeniu do oświecenia, że przykrywam to cienką pierzynką ambitnej kinematografii i muzyki. Lubię pisać na fejsbuku o tym co ostatnio oglądałem. Wiem, że będziesz śledzić te posty z wypiekami na twarzy. He, co, mała? Smutno ci, że dziś wepchnąłem swój język do gardła innej dziewczynie śmiało wyginającej się na parkiecie? Jak to? Przecież mnie znasz. Pamiętasz, powiedziałem Ci, że tak wiele przeżyłem. Tragedia w przeszłości, rodzina, związek, byłem zawsze całkiem sam. Nawet chodzę na terapię. Więc powiedziałem Ci, że nie umiem pokochać. Chciałabyś mnie zmienić? Mnie nie da się zmienić wszakże. Mam na to papiery. Zobacz. 
Maria stoi i słucha jak koleżanki, przyjaciółki, znajome twarze bliższe i dalsze relacjonują jej te sytuacje. Schemat schematu, ta sama rozmowa w kółko od nowa, tylko imiona inne. Chociaż i to też nie zawsze. „Wiesz, nas naprawdę łączy coś wyjątkowego! To nie jest tak jak z innymi! On po prostu ma problem! Ale to nic, przecież ja nawet nic od niego nie chcę, to tylko kilka jednonocnych przygód. Poranki, popołudnia i wieczory, okazyjnie noce bo on woli robić to w dzień. Wiesz, widzieć moją twarz w słońca blasku. Tak powiedział. Romantyczne, prawda? A zresztą, ja wcale sama nie chcę związku. Pasuje mi taki układ. Że dzisiaj wyszedł z inną? No tak, było mi przykro – ale w końcu nie mogę nic od niego wymagać bo powiedział mi jaki jest“. 
Tak., tak, tak... Maria kiwa głową, bardzo czujnie słucha, potakuje też , nawet klepie tą dziewczynę po ramieniu, nawet jej współczuje. Aż w końcu nie wytrzymuje. 
„Nie możesz nic wymagać? NIE MOŻESZ NIC WYMAGAĆ?! Dziewczyno, zdobyłaś się na dzielenie największej intymności z tym człowiekiem! Przeprowadziłaś z nim wiele całonocnych rozmów, podobno! Wysłuchałaś i zostałać wysłuchana! Dopuściłaś go do wnętrza siebie samej, dałaś spróbować esencji swojej cielesności i duszy! A nie jesteś w stanie wymagać tego, by szanował ten najpiękniejszy podarunek jaki tylko mogłaś mu ofiarować?! Nie dajesz sobie prawa do tego, by strzelić go w twarz i kopnąć w jaja gdy traktuje Cię jak zepsuty kotlet schabowy?!“
Czy to nie jest największy i najmocniejszy dowód na dominację bezsensu nad ułożeniem? Na powolne zsuwanie się świata do małej, ciemnej kieszonki pełnej śmierdzących paprochów, okruszków kebaba i zwiniętych naprędce folijek od papierosów? Maria odwraca się w samym środku klubu, dwanaście razy, najpierw w prawo sześć, potem tyle samo w lewo. Zupełnie świadomie, przecierając najpierw lekko oczy próbuje dostrzec choć jedną osobę, która wie to samo co ona. Że tu nie ma sensu. Że jest tylko szaleństwo okryte płaszczem pozornie świadomych decyzji. Ruletka, nic specjalnego, tylko szczęśliwy lub mniej szczęśliwy traf. Tylko ludzie, którzy w przerwie między życiem a życiem prowadzą nocny tryb egzystencji tak silnie uczepiony wartości, jaką potencjalnie daje wymuszony o poranku orgazm. Pal sześć obtarte ciało, niesmak w ustach związany z trawieniem alkoholu – i być może z faktem, że około drugiej trzydzieści w nocy wymiotowało się w tym zatłoczonym klubie do jedynego wolnego kibla na półpiętrze. Tak uporczywe udowadnianie sobie tego, że wszystkie super posklejane, sztywne koncepcje funkcjonowania są jedynymi słusznymi - i, że to właśnie dzięki nim dotrze się na szczyt szczytów, życie idealne. 
I czym ono jest? 
Czy ktokolwiek odpowie gdy Maria spyta?
„Eeeee, ale że co? Wiesz, mała, ja realizuję się, spełniam zawodowo. Robię te takie fajne rzeczy i to dzięki nim do mojego biura co tydzień przychodzą zaproszenia na pokazy mody i otwarcia nowych butików. I piękne to życie prowadzę, w sensie, wiesz, mam fajny samochód i kolekcję płyt CD, które odpalam sobie na moim macbooku. Ludzie lubią mnie a ja lubię ich. Co z tego, że ich nie znam, nie muszę znać. Mam przyjaciół. Dwóch. Oni też robią te fajne rzeczy, też. I... i tak w ogóle bardzo długo już rozmiawamy. Ja znam Ciebie, słyszałem to i owo na mieście, może masz ochotę wpaść do mnie. Wiesz, skończymy temat. Napijemy się trochę grejpfrutowej wódki, dostałem w gift bagu dwa dni temu i czekałem na specjalną okazję. Jesteś dla mnie bardzo specjalna.“
„Hmm.. poczekaj chwilę, muszę się zastanowić OK?“ - dziewczyna chwyta się ostatkiem sił jakichś wartości, które gdzieś, gdzieś, przysiąc by mogła, były. Jeszcze przedwczoraj tu były.
A nie, któraś się nie zastanawiała. Zastanowi się rano gdy truskawkowe szoty wyparują z głowy a zwinięte majtki leżące w kącie przypomną o tym, że po raz kolejny złożyło się własne ciało w ofierze sztucznemu Bogowi. Bogowi seksu i skrępowanych porannych prysznicy uwieńczonych wycieraniem się papierem toaletowym, bo przecież głupio budzić tego faceta i prosić o ręcznik.
Szczyt logicznego myślenia. Nie było głupio jęczeć z rozkoszy z nogami za jego głową i twardym blatem stołu pod tyłkiem. Ale o ręcznik poprosić to już takoś tak nietaktowanie. 
A ze szparki między źrenicą a białkiem oka przebija dojmujący bezsens. Bezsens absolutny. Zero szczerości, zero uczuć wyższych. Człowiek to, bo przecież chodzi na dwóch nogach, ma ubrania, prawo jazdy i umie obsługiwać smartfona. Ale w sumie jak pies. Jak zwierzę. Na cel jeden jedyny uwarunkowane, by wsadzić to co ma do wsadzenia, zaspokoić się przyglądając się w trakcie kolejnej rysie na idealnej gładzi własnego sufitu. Kilka okrzyków rozkoszy, ah ta rozkosz. Rozkosz, która nie przychodzi zawsze tak łatwo bo w końcu alkohol robi swoje... Bum, bum, bum, bumbumbumbumbum, łóżko skrzypi, dziewczyna krzyczy, facet napina mięśnie bioder i ud. Pach, pach, pachpachpach. Oooo.... koniec. 

„A więc jak mówiłem, jestem artystą fotografem. Eeeee... i muszę spać iść. Dobranoc. Jak ci tam było, Kasia Asia Basia? Ah, Karolina. Piękne imię. Piękne. Moja żona powinna być Karolina. Wiesz?“
I wita Marię poranek. Po raz kolejny zdarzyło jej się być bezpiecznym widzem tej niebezpiecznej gry. Być po drugiej stronie drzwi, słyszeć farmazony klejone na super glue i przytroczone do monologów i wynurzeń rodem z taniej telenoweli brazylijskiej. I po raz kolejny Marii jest tak bardzo smutno. I po raz kolejny mówi „Cześć, miłego dnia“ następnej Kasi, Asi czy Basi, a może tym razem właśnie Karolinie, która jeszcze niepewnym krokiem, trzymając swoje buty na obcasie w ręku, chyłkiem wymyka się za drzwi i zbiega po klatce schodowej. Kiwa się jak pingwin, obtarta we wszystkich strategicznych miejscach, które powinny być gładkie i pachnące miłością. 
Dziś Maria znowu myśli, że nie seks jest problemem. Nie rozmowa. Nie puste frazesy, na które o dziwo tak wiele dziewczyn się łapie. Bardzo często licząc na nie po cichu. Nie jest problemem poranny telefon od Kasi Asi i Basi, najpierw podekscytowany... – „Wiesz, wiesz, wczoraj ten, TEN ON, i ja z nim, i my... nie pamiętam wszystkiego bo wiesz, stawiał mi tequilę na barze ale pamiętam, że było cudownie, emejzing, mówił, że kręcą go moje uda oplatające jego szyję, ah...“ – a potem przygnębiony – „Nie wiem, nie wiem, dzisiaj ten, TEN ON, ma być na tej imprezie ale przecież nie odezwał się do mnie ani razu, nawet w wiadomości elektronicznej, i chyba głupio będzie go zobaczyć po tym wszystkim“. Tym wszystkim? Ah, przepraszam bo nie doprecyzowałaś – „wszystko“ to od dzisiaj pozbawiony znaczenia seks, patyczek do dziurki. 

Nie, to nie jest problem. Bo problem, i smutek, i ten cały bezsens tkwi w tym, że gdy obejrzeć to pod mikroskopem to okaże się, że wszyscy uczestnicy tej niekończącej się gry w zdobywanie, przeżuwanie i wypluwanie ciał są w pełni świadomi jej reguł. Są też w pełni świadomi, że każdy kolejny raz, gdy przystępują do rozgrywki zakończy się równym upokorzeniem – obu stron. Kobieta odda siebie, będzie mieć orgazm, albo dwa, albo piętnaście ale przypomni sobie w końcu, że ten orgazm ma sens gdy po nim nadchodzi obietnica jutra. Mężczyzna w głębi dostrzeże sztywny projekt samego siebie, grubymi nićmi szyty obraz, który tak mocno zespawał się z jego zewnętrzną postawą, że już nawet nie widać granicy – i nie wiadomo co jest na chwilę, a co już na zawsze. 
Kot znużony obserwuje Marię, gdy ta wraca do domu. Gdy zdejmuje z siebie kurtkę, wiesza ja na haczyku przy drzwiach i gdy rozsznurowuje buty. Obserwuje ją gdy siada, kompletnie już pozbawiona wiary, na kanapie i cicho wpatruje się w zegarek wiszący na ścianie. Szósta trzydzieści pięć. Gdyby wytężyć słuch dałoby się słyszeć okrzyki tej chwilowej rozkoszy po jednej stronie ulicy i ciche pochlipywanie opuszczonej duszy po drugiej. Bezpośrednia metafora przeszłości i przyszłości. Oto co było, a oto co będzie. 
Maria to widzi. 
Bezsens rośnie. 


(16.09.2012 :: 10:40).


siódmy dzień miesiąca może być datą znaczącą. w końcu to nic innego jak magiczna cyfra siedem, w sposób nie pozbawiony znaczenia pojawiająca się w obliczy datownika. i siódma czakra w pełnym otwarciu, i ja pootwierana na wszystkie świata strony. i siódmy dzień stworzenia świata, człowiek w matematycznym wzorze razy dwa. adam + ewa co równa się ty i ja. nabieram umiejętności liczenia w pamięci, dodawania ilorazu pocałunków i słów do niewzruszalności poranków, kiedy to spod przymrużonych jeszcze powiek obserwuję Ciebie.
o, cześć Ty.
gdy rozebrać na części pierwsze ten siódmy dzień, słońce słońc, poukładane chodniki obcych jeszcze miast i wieczory w formie marynaty z wielogodzinnych rozmów, zobaczyć można próbkę absolutu. i wtedy słów wielkich, lecz nie będących nad wyraz, trudno jest uniknąć. w sumie po co unikać.
mój czas zapomniał o zasadach fizyki, zagiął się i dostosował do nowo przyjętych ustaleń. on już wie, że zdobyłam moc miłości i plus siedem punktów do całkowitej samoświadomości mam na koncie osobistym.
siedem mnie siódmego dnia kocha ciebie na siedem milionów sposobów. po siedmiokroć.
cześć Ty.


[na usprawiedliwienie dodam, że pisząc to przekonana byłam, że dziś jest 7 września. he-he]

(10.09.2012 :: 01:17).


z każdym dniem eksploatuje możliwości jakie daje nie tylko świat ale przede wszystkim mnogość i różnorodność interakcji międzyludzkich. każdy kogo widzę ma określoną energię a wchodzenie w relację, dowolnego typu, z tą energią jest tak fascynujące, że zapiera mi dech w piersiach. staram się sprawdzić maksymalnie, jak najbardziej organoleptycznie i całą sobą (i tu mam na myśli naprawdę każdy centymetr, milimetr siebie, warstwy zewnętrznej cielesnej i wewnętrznej emocjonalnej) jak mogę współgrać z różnymi ludźmi.
z każdym dniem bardzo wiele się od was wszystkich uczę, nie robię notatek bo po co. coraz mniej uczę się o sobie, nie wyrażając tym samym przesadzonego egocentryzmu w ramach którego sądziłabym, że w wieku dwudziestu pięciu lat stałam się gotowym produktem - raczej po prostu coraz bardziej pewna jestem istotnych wartości według których funkcjonuję. i raczej nikt ani nic nie może nauczyć mnie w tej materii niczego innego niż to, w co wierzę. co jednak wynoszę o innych to materiał na pełną zwrotów wydarzeń powieść. dwanaście tomów, suck my dick tolkien.

niedojrzałość, dojrzałość, przejrzałość. wszyscy my po tej stronie, oni tam stojący, urwany kontakt. krótkie komunikaty, dużo smsów, okazyjnie wiadomości na facebooku - półprodukt wartości emocjonalnej w formie skondensowanej jak puszka z tuńczykiem. można tak funkcjonować długoterminowo. w zasadzie zamiana w cyborga jest kusząca dla każdego z nas na pewnym etapie. potem idę ulicą, czytam to, patrzę człowieka, który kreuje te myśli, puszcza słowa jak dym z ust i mam półbrew zmarszczoną w wyrazie internetowego WTF. kilometry wywodów, godziny rozmów, omojboże świat mnie nie rozumie, jestem taki ah, jesteśmy tacy eh, cóż ja pocznę.
w nagromadzeniu komunikatów czuję się jak ten licencjonowany nauczyciel, zgodnie z wykształceniem posiadanym. by teraz po turecku usiąść na przeciwko i prać mózg, tłumaczyć oczywiste oczywistości, które przeciętnie inteligentny człowiek zaczyna rozumieć w wieku osiemnastu lat. mogłabym tak perorować, produkować retoryczne figury godne złotego medalu olimpijskiego (a jestem pewna, że jest na świecie gdzieś retoryczna olimpiada), przekonać go, powiedzieć mu, pokazać, postawić na wprost. jest tak i tak. nie inaczej. funkcjonujemy w ten, a nie inny sposób. niezależnie od wyimaginowanego naszego, wynikającego zresztą z nadmiernej ekscytacji własnymi procesami myślowymi, obrazu samych siebie. koniec końców działamy w podobny sposób. rzeczy piękne między ludźmi opierają się i opierać się zawsze będą na spontaniczności i nieustraszoności. rozdzielanie każdego z włosów na czworo i zastanawianie się nad tym czy istniejący poziom "dobrze" jest w rzeczy samej the ultimate good - bo jeśli nie to co - TO CO OH NIE - jest najprostszą drogą do zafiksowania się na szukaniu złotego graala by napić się wody - podczas gdy obok stoi perfekcyjny na tą okazję, ceramiczny kubek z logo firmy kurierskiej.
człowiek może być najszczęśliwszy na świecie mając swój perfekcyjny, ceramiczny kubek.
złoty graal to stan umysłu.


w obliczu pochłaniającej mnie depresji nad stanem psychicznym innych ludzi... gdy zaczynam się zastanawiać czy ogarnięcie siebie było aby na pewno dobre bo teraz nagle jestem zupełnie gdzie indziej niż wszyscy i zaczyna mi być samotnie - świat jednak stawia na mojej drodze to czego (to kogo) potrzebuję i szukam. a wypowiadane słowa nagle nie są wykładem tylko elementem dyskusji - w której druga strona myśli i czuje na wspaniale podniecającym poziomie - tak bliskim mojemu.
złoty graal to stan umysłu. umysł to spontaniczność i nieustraszoność.
ekscytacja osiąga apogeum.

(15.08.2012 :: 18:18).


dobrze, że dobierasz części mnie jak elementy układanki. bardzo dobrze (tu mówię z przekąsem i miną niezwykle złośliwą), że wybierasz to, co jest dziś, to co jest jutro i to, co pozornie - a jednak tak uparcie - nazywamy "tu i teraz". wewnątrz mnie mieszasz składniki, miksturę przygotowujesz w wielkim kotle. ja bezwolnie patrzę na to moimi oczami przyczepionymi do ściany, zupełnie pozbawiona władzy nad własnym ciałem. dziś ono nie moje jest, obce tak bardzo jak tylko może być obce tobie cokolwiek.

nie wiem czy to prawdą jest czy nieprawdą, czy fałszem i zezem okoliczności czy wybielałą od promieni słońca kartką, którą stałam się niepostrzeżenie. nie jestem w stanie, niezależnie od wykonanego trudu, powiedzieć czego chcę dzisiaj, czego chcę tutaj.

oddaję się bezsilności zagryzając wargi, mrużąc oczy, wijąc się pod tobą jak wąż boa szukający pożywienia. karmię siebie chwilami, którymi obdarowana zostałam nie wiedząc czy to one, czy narkotyki działają na mnie tak uzależniająco. podobno nie ma już nieba na zewnątrz, jest tylko wycięty z krajobrazu kadr z twoją głową poruszającą się w takt skrzypienia łóżka.
ja odseparowana od siebie jestem, lewituje gdzieś na pograniczu światów niezbyt zainteresowana miejscem pobytu mojego ciała, tak nieistotnego i nieważkiego w tym wszystkim. ekstatyczne momenty upojenia przeżywam za zasłoną własnych powiek, zamykając się we własnej głowie, uciekając od określeń, zobowiązań, głębokich słów prawdy. jestem ja i ja.

ja i ja.
i ja.

chcesz, próbujesz wkraść się do mojej podświadomości? były ulotne chwile, gdy umieszczałam tam ciebie sama, na krześle tuż obok wszystkich istot, które dotarły do mnie tak głęboko. dziś nie ma już wejścia do tej strefy, jest tylko fizyczna chemia organiczna, praktyczne zespolenie, gładkie rozmowy o tym i o tamtym pozornie definiujące relację. jakąkolwiek by nie była. nie podchodź do mnie tak blisko gdy cała stoję w ogniu, nie będzie to przyjemne dla żadnej ze stron, nie będzie to podniecającym, delikatnym fetyszem płomieni tylko dewastacją cząsteczek. i oto rozpadniemy się. na pół, na ćwierć, na milion.

oto dziś nie wiem na jakim świecie znajduję się, przekręciłeś to wszystko na odwrót, od złej strony, od pieszczot i mruczenia do diagramów ustaląjcych co wolno a czego nie. nie umiem wpasować w nie siebie, tak samo jak nie umiem wpasować siebie w ciągnące się do nieskończoności rubryczki excela. i niechęć czuję i strach i panikę tak wielką, że zagryzam palce do krwi i rysuje nimi mapę ucieczki na ścianie przy łóżku. dziś ta wielka chęć, naturalna, będąca spoiwem poranków i nocy zamieniła się w suche, policzalne zdania relacjonujące to jak ma być właśnie od teraz i na zawsze.
moje "zawsze" nie istnieje, byłeś zawarty w niewykrystalizowanej przestrzeni, tak pięknej bo pełnej kolorów i zupełnie pozbawionej granic. więc trzeba było nie umieszczać tam swoich układanek i nie zamieniać jej w krzyżówkę z taniej, kobiecej gazety. bo zaczynam gryźć i szarpać a potem zamieniam się w demona, który znalazł we mnie dom.

gdy tak trudno jest komuś wytłumaczyć prosty czasownik "być" masz wrażenie, że najprostszej nawet nici porozumienia między tymi dwoma jednostkami nie ma. nie mówiąc już o znacznie bardziej wartościowym połączeniu umysłów bez użycia tandetnej telepatii. o czuciu siebie nawzajem. nie ma o tym mowy bo nagle znajdujesz się w miejscu, w którym pod dyskusje poddawane są najoczywistsze oczywistości a to frustruje i odbiera ochotę na cokolwiek więcej.
czy jestem w stanie wyrażać się jeszcze prostszymi określeniami? nie.
więc oto masz czego pragnąłeś, dzień i noc, który zamienił nas w jeden z wielu, identycznych układów równości skupionych wokół własnej osi x i y, kurczowo trzymających się pionu i wartości zerowej, matematycznych, bezdusznych, odrzucających.
odrzucających, tak.

(25.07.2012 :: 08:49).


Gdy słońce opatula wieżowce, które wyrosły naokoło nas mrużę nieśmiało oczy. Porankami jesteś dość daleko, czasem to odległość kilku ulic, czasem przestrzeni twoich pokoi gdy leżysz sam. Choć niewiele jeszcze ogarniam o tej godzinie to zapamiętuje Ciebie zawiniętego w ciepłą i miękką jak wata kołdrę, oddychającego spokojnie. Staram się dopasować i swój oddech do momentu chwili, on jednak niezmiennie jest zbyt intensywny, gwałtowny, odzwierciedlający walkę demonów co we mnie siedzą.
Nie wiem jak mam im dać na imię, są pełne energii, poruszają się z prędkością światła. Lecz mimo, że nazwane demonami nie są niczym złym. Tylko odbiciem lustrzanym historii moich myśli i uczuć, przewirowanych niejednokrotnie przez rzeczywistość, w jakiej przyszło mi powstać. Tu jednak i dzisiaj, niezależnie od poziomu upojenia i teoretycznego braku trzeźwości umysłu, mam w sobie jeszcze więcej wewnętrznego zen niż kiedykolwiek.
To nowy rodzaj zen.
Zen pełne intensywnych kolorów przesiewanych przez bezfirankowe okna i betonowe balkony.

Chwilami, z których utkane są ostatnie dni wypełniam swoje kieszenie. Pozornie zachowuje je na później, tak naprawdę jednak głęboko wierzę w brak jakiegokolwiek "później" i ten akt spowodowany jest wyłącznie moją nieustanną zachłannością Ciebie. Gdyby każdy z wymienianych przez nas oddechów miał być ostatnim to wiem, że w kieszeni zawsze znajdę lekko wymięte ale pieczołowicie spakowane wspomnienie, które obejrzane pod lupą da tyle samo przyjemności co te pierwsze promienie słońca.

Nie boje się. Nie proszę o nic. Nie zastanawiam się nad poprawnością słów. Nie wymieniam myśli za myśli jak naklejek w podstawówce. Wszystko moje jest. I ja moja jestem. I Ty mój jesteś. I każdy promień słońca mój jest.

(12.07.2012 :: 09:32).


to jakby więcej już miejsca w moim sercu nie było, jest tak pełne. całkiem pełne, wypełnione jest po brzegi wszystkimi kolorami tęczy i promieniami słońca błyskającymi na gładkiej tafli szczęścia. gdy zamykam oczy jestem w stanie, nawet będąc daleko, czuć całą sobą zapach i dotyk skóry twojej. co jest bezmiernie absurdalne lecz tak przyjemne jak przyjemne może być czyste uczucie przeżywane na nowo miliardy razy.
niezmiennie więc, rankami, bladymi świtami - tuż po przebudzeniu - rozkoszuje się jeszcze chwilę świadomością, że sen czy nie - trwa i nie widać jego końca. językiem zlizuje z ust pozostałości wczorajszych pocałunków i słów nie martwiąc się o zostawianie resztek na później. będąc tak mocno pewna, że przyjdą następne, gorętsze i czulsze jeszcze.
nocami zaś zamieniam się w kota zwiniętego u twojego boku, mruczącego w odpowiedzi na twój dotyk i każdy gest. na dźwięk twojego głosu, gdy mrowienie przechodzi wzdłuż całego kręgosłupa i gdy mocą umysłu staram się zatrzymać wszystkie zegarki by nie pozwolić ani minucie uciec mi nieprzeżytej w stu procentach.

gdy słońce oplata nas razem, gdy wokół cisza i tylko skrzek żab przerywający ją... gdy ptak zrywający się do lotu jest jedynym elementem ruchomym w zatrzymanym na ten moment krajobrazie - wtedy czuję się całością. wtedy.

(04.05.2012 :: 00:28).


By już uciec stąd, zamknąć ten ewenement otoczenia pozornego na pół znośnym klaśnięciem. By zmienić krajobrac, by zaspokoić nomada, zniszczyć farsę i fasadę, którą karmię tych co wokół.
Stać na czterech nogach by. By na cztery świata kierunki patrzeć i mieć ogień, który większy jest niż parodia namiętności. Tej stosowanej tu i teraz w ramach tańszego substytutu.

Gdy rozłożę ręce, gdy puszczę - i jeśli - zaciśnięte do bólu pięści i zmierze się z prawdziwą oceną samej siebie - wtedy mogę też zniknąć. A zresztą, czym warta jest ocena i refleksja na ciebie temat wypluta z ust wysmarowanych tanimi podróbkami markowych szminek bądź ich odbiciami. Gdy otworzyłam kawałek duszy tym bardziej w jej centrum dostałam strzał - niechęć, ostrość słów kanciastych i złych, wystudiowane przechodzenie obok.
Każdy ma prawo być powierzchnią - a dnem bez dna tylko nieliczni mogą się zainteresować.
Codzienność zimy dwa tysiące dwunastej ma bilans ujemny. Pozorne przyjaźnie urwane bez słowa bo niedochodowe, darmowe zbliżenia w cenie oceanów smutku, puste przekonanie, że jestem kimś więcej - i świadomość tej rzeczywistości, gdzie twoje "więcej" to zawsze "mniej". Cisza na morzu gdy moje wnętrzności bądź już skonsumowane zostały przez Ciebie - bądź niemożliwe do skonsumowania przez innych (jak to mówisz "nie"?! nie wyglądasz na taką co mówi "nie" mn). I koniec końców brutalne podsumowanie samej mnie w postaci werbalnego portretu przekazanego w skondensowanej formie wśród hałasu i chaosu znieczulicy ciemnych miejsc.

Gdy nie jestem marką, brandem, samosprzedającą się przepowiednią nie widzi mnie nikt.
Gdy ostro neguję to wszystko co widzę i słyszę i czuję i dotykam okiem czy uchem to efektem zdaje się być parodia mnie. Nienaturalny golem, który przede wszystkim się boi.

Ty straszysz go jeszcze bardziej mówiąc, że jest nikim.

Chociaż zawsze właśnie
- i tylko -
nim był.

(10.02.2012 :: 04:18).


nie poskromisz tej bestii, ona ma dwie pary oczu i co najmniej tyle samo ust, którymi pożera wszystkie dobroci, które chcesz jej wysłać. bestia jest bestią nie bez powodu, ma bestialskie odruchy i bestialsko zachowuje się. choć z zewnątrz wydaje się być normalną istotą, cóż, więcej nic niż to wszystko co mija ciebie przez całą noc, może trochę bardziej mówi, może trochę bardziej patrzy. ale nie da uczesać się jej postrzępionych wspomnień, stempli tych, odbić czasów, w których została sprowadzona do poziomu brudnej podłogi.
jest twoją bestią dzisiaj na chwil kilka a jeśli zechcesz, może być twoją bestią jutro. w paragrafie ze zwiniętych nóg wydawać ciche jęki, pomruki udawanej rozkoszy. może podrapać ciebie po ramieniu i może, być może może oddać się tej chwili, w której niebo skłania się do powrotu na ziemię. i jest światłość poranna, blada, zimna, popsuta bladość świata.

mów do mnie słowami, które nie są przeznaczone do ogółu. w dni kiedy nie ma znaczenia metryka, miejsce urodzenia, chwila wszechświata, która niepozornie nakłada się na twoje na ten świat spojrzenie. wtedy mów do mnie po prostu. wtedy na chwilę znikam i pojawiam się gdzie indziej, nie blisko ale i nie daleko. w połowie drogi między uniwersum a wersem twoich prostych słów. wykluczam siebie z harmonogramu zajęć kiedy tylko mogę, daje sobie przestrzeń na skonsumowanie twojej osoby. nie oblizuję palców. lecz nie karm mnie formułkami, które wpychasz do gardła ludziom postronnym, przepuszczonym przez wirówkę pustki golemom reagującym bezwolnie na twoje rozkazy. gdy próbujesz usidlić mnie rozdmuchaną już do granic możliwości i oklapłą wiązką słów ja krzywię się zniesmaczona. a na twojej twarzy widzę element podniecenia bo to słowa, które prowadzą do fragmentarycznej konsumpcji uwiecznionej na obrazku w towarzystwie przechylonej w pół, czyniącej skłon pełny, świeczki w kolorze lila róż.

masz potencjał, który nudzi mnie. ja otwieram sreberko, w które zawinięty jesteś pełna ekscytacji jak nową zabawką zawsze. masz czelność i odwagę to ujarzmij bestię. ale nigdy nie traktuj jej jak domowego psa, kundla rasy podwarszawskiej. wzdycham do ciebie głównie w okolicach godziny drugiej, dwa, trzy razy; a gdy ktoś podejdzie i złapie moje znudzone wzdychaniem spojrzenie z lekkością oddam się rozkwitającej w mig sytuacji. mam czelność ujarzmiać bestię i odwagę, by rzucić wyzwanie niezliczonym porankom. jestem weteranem służby w imię pluszaka siedzącego we mnie, dbam o niego każdym z możliwych sposobów. w oczach piorun razy sto, na końcu języka jad, który wpuszczam każdemu w lewe oko. bestia tańczy. walca. na trzy czwarte.
spróbuj nie pomylić kroków.
gdy nie - dostaniesz przepis na chronologicznie ujarzmione poranki.
w których moja elokwencja sięga zenitu a urok oparty jest na przyćmionym oku i zadymionym szkiełku.

(14.01.2012 :: 05:26).


2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad