nie poskromisz tej bestii, ona ma dwie pary oczu i co najmniej tyle samo ust, którymi pożera wszystkie dobroci, które chcesz jej wysłać. bestia jest bestią nie bez powodu, ma bestialskie odruchy i bestialsko zachowuje się. choć z zewnątrz wydaje się być normalną istotą, cóż, więcej nic niż to wszystko co mija ciebie przez całą noc, może trochę bardziej mówi, może trochę bardziej patrzy. ale nie da uczesać się jej postrzępionych wspomnień, stempli tych, odbić czasów, w których została sprowadzona do poziomu brudnej podłogi.
jest twoją bestią dzisiaj na chwil kilka a jeśli zechcesz, może być twoją bestią jutro. w paragrafie ze zwiniętych nóg wydawać ciche jęki, pomruki udawanej rozkoszy. może podrapać ciebie po ramieniu i może, być może może oddać się tej chwili, w której niebo skłania się do powrotu na ziemię. i jest światłość poranna, blada, zimna, popsuta bladość świata.

mów do mnie słowami, które nie są przeznaczone do ogółu. w dni kiedy nie ma znaczenia metryka, miejsce urodzenia, chwila wszechświata, która niepozornie nakłada się na twoje na ten świat spojrzenie. wtedy mów do mnie po prostu. wtedy na chwilę znikam i pojawiam się gdzie indziej, nie blisko ale i nie daleko. w połowie drogi między uniwersum a wersem twoich prostych słów. wykluczam siebie z harmonogramu zajęć kiedy tylko mogę, daje sobie przestrzeń na skonsumowanie twojej osoby. nie oblizuję palców. lecz nie karm mnie formułkami, które wpychasz do gardła ludziom postronnym, przepuszczonym przez wirówkę pustki golemom reagującym bezwolnie na twoje rozkazy. gdy próbujesz usidlić mnie rozdmuchaną już do granic możliwości i oklapłą wiązką słów ja krzywię się zniesmaczona. a na twojej twarzy widzę element podniecenia bo to słowa, które prowadzą do fragmentarycznej konsumpcji uwiecznionej na obrazku w towarzystwie przechylonej w pół, czyniącej skłon pełny, świeczki w kolorze lila róż.

masz potencjał, który nudzi mnie. ja otwieram sreberko, w które zawinięty jesteś pełna ekscytacji jak nową zabawką zawsze. masz czelność i odwagę to ujarzmij bestię. ale nigdy nie traktuj jej jak domowego psa, kundla rasy podwarszawskiej. wzdycham do ciebie głównie w okolicach godziny drugiej, dwa, trzy razy; a gdy ktoś podejdzie i złapie moje znudzone wzdychaniem spojrzenie z lekkością oddam się rozkwitającej w mig sytuacji. mam czelność ujarzmiać bestię i odwagę, by rzucić wyzwanie niezliczonym porankom. jestem weteranem służby w imię pluszaka siedzącego we mnie, dbam o niego każdym z możliwych sposobów. w oczach piorun razy sto, na końcu języka jad, który wpuszczam każdemu w lewe oko. bestia tańczy. walca. na trzy czwarte.
spróbuj nie pomylić kroków.
gdy nie - dostaniesz przepis na chronologicznie ujarzmione poranki.
w których moja elokwencja sięga zenitu a urok oparty jest na przyćmionym oku i zadymionym szkiełku.

(14.01.2012 :: 05:26).


rozpuszczam swoje nienawistne wici po świecie cieszące moje spojrzenie, kiedy dotykają ciebie z daleka. najbardziej zaś raduje mnie to kiedy myślę i słyszę, że masz cierniami wybite serce od środka, choć puste całkiem to bolące nieustannie pod powłoką codzienności i prowizorycznego bawidamstwa.
niezależnie od tego jak niewiele rzeczy człowiek dla drugiego człowieka może znaczyć, jak niewielką ilość czasu mogą dzielić ze sobą i jak nieznaczną cząstką swoich żyć być dla siebie nawzajem to niewinnym spojrzeniem, przesunięciem ręki bądź bezmyślnie podarowaną wiązką komplementów mogą zadać niewyobrażalny ból. tak tylko pozornie związany z faktyczną sytuacją. będący tylko pretekstem, przysłowiową kroplą tą z czary goryczy doręczoną do ciebie listem poleconym. prosto do rąk własnych.
na oczach własnych moich.

dziś nikt nie liczy się już z wartościami, którymi wyłożona była od zawsze moja świadomość. tym, co naprawdę istotne miało być w relacjach międzyludzkich. tym, na czym opiera się swoją głowę kiedy już tak bardzo nie ma siły by utrzymać ją w pionie. dziś wszystko jest z plastiku, wszystko jest obrazkiem statycznym bądź ruchomym. obrazkiem, na którym wyglądać można przepięknie stojąc w scenograficznej pustce przedmiotów. z wzrokiem skierowanym w tą pustkę właśnie. udawanym rozmyślnictwem nad ohami i ahami. za frontem z plastiku jest tylko śmietnik starych gazet, który rozpala się w ciągu sekundy od jednej zapałki. i traci na wartości i śmierdzącym pogorzeliskiem jest.

i choć taplam się w swojej niechęci do wszystkiego to o tyle głębiej jestem wszystkim niż którekolwiek z was kiedykolwiek będzie. i czuję. choć wy nigdy czucia nie zrozumiecie, bo czucie nigdy nie było z plastiku.
i choć smutkiem zalewam się, bezsilną rozpaczą i gradem pytań "dlaczego" to ja odpowiedzi poznam swoje. wasze nigdy nie nabiorą znaczenia.

trafiać będziecie na siebie, w upokorzeniu jednostronnym, chęci w niechęci i z kagańcem na sercu.
ja w namyśle pokiwam głową. bo ten kaganiec jest tak samo z plastiku
jak i to serce całe.

(29.12.2011 :: 02:16).


na papierze zbieram i wyklejam wycinki ustawień systemowych obowiązujących wraz z nadejściem nowego roku. rozpisuje wszystkie parametry nowego sprzętu, który zadziała tak jak nigdy nie zadziałał poprzedni.
i choć jeszcze zdarzają się awarie, i choć gdy robot przechodzi przez pasy na wielkomiejskiej, trzypasmowej ulicy to zdarza mu się zrobić coś, czego nowy robot nie zrobiłby nigdy to wierzę w powodzenie mojego projektu. jestem doktor dobra ręka, mistrz fachu, jedyny w swoim rodzaju profesor X.

słuchaj mnie szmaciana laleczko, jesteś moją własnością, choć tylko lustrzanym odbiciem perfekcji, którą tworzę istniejąc. jednak zbliżę cię do siebie i naznaczę swoim podobieństwem tak bardzo, że żaden z kolegów klaunów nie rozpozna cię już nigdy na ulicy. i staniesz się nową, obowiązującą technologią, którą zapragną mieć w domu wszystkie bogate dziewczynki w różowych sukienkach i z uśmiechem na ustach.

ty nie masz ust.
cicho bądź.

nie odzywaj się nie pytana, wysyłanie sygnałów do gwiazd nie ma sensu, słuchaj i otwieraj wnętrze na przekazy podprogowe. tak od dzisiaj komunikuj się.

nie żyj. tylko istniej.

(21.12.2011 :: 20:10).


nie spadnie dzisiaj śnieg w tej krainie pustych ścian i milczących telefonów.
nie oczyści ciebie nic, żadnej białości biel, żadnej czystości czystość ani nic nie zdarzy się co tłumaczyłoby twoje nagłe upodobanie do wybielacza.

nie ma dramatów, dziś jedynym dramatem jest dzień, który trwa już prawie rok. ty projektujesz czas, możesz wyginać go jak plastelinę. nie budować domków z piasku, o wiele tańszych niż obce zamki. nie klnąć na rzeczywistość a mówić prostymi zdaniami o gwiazdach.
naucz się to robić bo śnieg nie spadnie dziś.

więc otwórz okna na oścież i wywietrz zaduch, który zapanował pomiędzy twoim wyobrażeniem świata a światem realnym. więc zrób miejsce na czystość mierzoną tylko w twoich oddech. jednostce pomiaru jedynej, która ma wartość. nie spadnie dzisiaj śnieg na ciebie, deszcz deszczu i woda, która spłynie razem z upokorzeniem ostatnich miesięcy. nie pojawi się żadna więcej forma dystrakcji, chwilowego upodobania, w którym maczasz palce i zlizujesz je dziwiąc się potem, że smak trwał tylko chwilę. kieliszki, tańce, mężczyźni i chłopcy, spotkania, smutki, słabe żarty i tanie papierosy. tylko tyle, nie śnieg całkowitej czystki.

na czworakach wpełzam więc pod prysznic i polewam swoją głowę zimną wodą, łapię ją łapczywie do ust i połykam całkiem jakby to była ambrozja, płyn światła i nowego, lepszego jutra. nie patrzę w lustro, jeszcze nie dziś.
odkrywam kawałek siebie, zimny i piękny jak lód. topiący się pod palcami niepewności. dbam o lód dziś.

(19.12.2011 :: 01:50).


nie więcej nic niż nic. pomiędzy nami żerujące na pustce oczekiwania, tak bardzo niespełnione jak tylko zimą mogą być. spodziewałam się odpowiedzi a dostałam tylko niekończące się rozmowy przetkanie tygodniami ciszy.

nie więcej nic niż nic - to dla ciebie jest to, czym dla mnie my.
prawdopodobnie dwie najcudowniejsze części jesiennego stanu, który trwa i nie zamierza się chyba skończyć. jednak my skończyliśmy się zanim zdążyliśmy na dobre zacząć a jakaś tajna moc, której po cichu składam pokłony nie pozwala mi już ani chwili dłużej walczyć o potencjał, który serce w nas widzi spoglądając z ukradka na nasze z kolei spojrzenia, które wymieniamy nie potrafiąc po prostu zasnąć.
to serce jest jednak jedynym stworzeniem, które wciąż chce te chwile trzymać i nie puszczać ich nawet gdy nie zdając sobie z tego sprawy depczesz niezdarnie jego najpiękniejsze wizje. ja wciąż bezcelowo przeżywam poranki, które były.
ale to jestem tylko ja, istota niegodna i nieodpowiednia. istota chaosu, niedopieszczony kwiat bez liści.

wykręcam swój mózg chorymi przecież pragnieniami i patrzę tak bardzo krytycznie na emocje, które zdawać by się mogły najszczersze. chowam po kieszeniach esencję samej siebie tak bardzo głęboko, że nie widzę jej już prawie nigdy. nigdy.

dziś tylko czuję skrawki głębokich dolin i najwyższych gór. w tobie widzę zaś tylko zieloną ikonkę w internecie, jak kropkę wiszącą nad literą i, zbyt lekką i odległą, żeby spaść na dół i skończyć zdanie w pół.

płynę jednak
a czas jest małym szkodnikiem, który spisuję na straty.
coraz częściej kłamię i nie czuję z tego powodu wyrzutów sumienia. coraz częściej nie zwracam uwagi na odpowiedzialność wynikającą z bycia częścią świata rzeczywistego.

jutro nie pójdę nigdzie.

bo jest godzina 5.30 a ja mam oczy pełne ciekłego dwutlenku weny.

dziś wkradnę się do twoich snów i pozostawię w nich obce ciała lejące się jak miód po synapsach twojego mózgu.

jutro poczęstuję cię moim zapachem i skrupulatnie odlicznę ilość oddechów warunkującą przyjście na świat pożądania.

dziś stworzę kod zerojedynkowy istoty, która jak respirator utrzyma mnie przy życiu i przypomni kod html mojego życia z bajki.

jutro nauczę się znów chodzić po chodnikach z kocich łbów i głów.

dziś zbadam przestrzeń za oknem, bo jest ona towarzyszem i obserwatorem moich pozaklejanych śliną i pogubionymi łzami zdań. w większości o niczym. lub o czymś innym.

jutro na powrót będę mną
a dziś
dziś ty będziesz nami

tak
jak jeszcze nigdy nie byłeś
ani sobą
ani mną
ani nikim kogo oddech nazywałeś przeznaczeniem

(07.12.2011 :: 05:55).


pozostawiasz za sobą niedopałki, brudne szklanki i smród, którego nie da się wywietrzyć. godzinami siedzę na podłodze w kuchni i czekam na cud. tak jakby zszedł ktoś z wyższego piętra, złapał mnie za rękę i powiedział, że idziemy położyć się razem na trawie. gdzieś dalej, wyżej od tego piekła.
choć podobno nie ma takiej mocy.
to konsekwencje wszystkich podjętych decyzji i słów, które zatrzymały się w gardle czekając na lepszą okazję. są namacalne, mogę je podnieść, obejrzeć i zasmucić się jeszcze bardziej.
wypalone dziury nie tylko na rękach, które zostaną pamiątkując te "wspólne chwile". są wyryte gdzieś głębiej, gdzieś na poziomie niewidocznym ani dla mojego, ani dla twojego zamglonego oka.
mówię ci dziś słowa, które zebrałam specjalnie na tą okazję. obróciłam każde z nich i dopasowałam jak puzzel do całości układanki. boję się a jednak liczę na cud. bzdura.
każdy mądry powie ci - dziecko, nie poddawaj się psychologicznym stereotypom. pisałaś ładne bajki i wciągałaś dużo amfetaminy, jesteś tak nad wyraz mądra. jak możesz ulegać codzienności spotykanej w patologii, nieopisanej wręcz boleści wynikającej z bezgranicznej wiary? jak możesz ufać komuś, kto wykorzysta każde twoje spojrzenie w bok żeby schować prawdę?
w kątach, w torbach na komputery, w skrzynkach z narzędziami chowają się puste butelki. duże dzieci oglądają mądre filmy i nie dają się sterroryzować codzienności. czy ty jesteś małym dzieckiem?
czy czym ty jesteś, hologramem siebie samej, niedopisanym przecinkiem i zapomnianą kropką nad i.
48 metrów kwadratowych - tyle zarobiłam codziennością, każdorazowym napędzaniem swojej turbiny i ruszaniem do przodu. tyle mam ze zdobywania wiedzy, która nikomu nie będzie potrzebna bo wszyscy dziś szydzą z twojego napakowanego cv. tyle właśnie mam z odkurzania kątów i chuchania na nasze, niegdyś wspólne i niegdyś nasze, kawałki świata. to w nie kładziesz się półprzytomny, pijany dziś jak i wczoraj, udający, że nicsięniestałokochanie. tyle właśnie mam z siebie, ładne mieszkanko z kolorowymi ścianami i nieopisany smutek.
to ja dzisiaj płaczę, wylewam z siebie upokorzenie i żal trzygodzinny. ty masz sen, pełen spokoju i czekania na kolejne wybaczenie, które zawsze przychodzi nad ranem.

odkładam dziś swój żal i smutek. wykopuję spod piątej klepki wszystkie wspomnienia, które naznaczone kwasem wyżarły ogromną dziurę.

dziś zamykam się tutaj ale już jutro to wszystko znowu będzie moje.

(15.01.2010 :: 03:07).


dziś nad ranem teraz właśnie odpisałam na maila do ojca mojego. co za specyficzne uczucie.
po co wszyscy naokoło jesteście skoro was nie ma, rodzino droga? każdy z nas i was, cała nasza trójka, bądź czwórka z dwoma tatusiami na pół, żadnego w całości. z siostrami, braćmi, dziećmi z nieprawych łóż, z prawych, mniej prawych z bardziej i mniej legalnych. wszyscy wy ze swoimi genetycznymi badaniami, z odkrywaniem naszej wspólnej przyszłości i szukanie w niej dowodów na to, że tak strasznie unikatowi jesteśmy. pokręceni wszyscy z osobna i razem jak mało która rodzina. pani psycholog co drzewko sobie rysuje i umieszcza nas na odpowiednich miejscach gubi się i nie rozumie. zresztą ja sama nie wiem co mówić jej mam o was. nie ma i mnie wedle własnej potrzeby i życzeń, wedle własnego rozkładu czasu.
bardzo jesteśmy oddzielnymi gwiazdami w podobnych układach słonecznych i całkiem nawet czasem do siebie pasujemy. a czasem tak całkiem nie.

lubię was i kocham tak teraz mało, wczoraj albo jutro trochę więcej.
rozmawiam sobie o was i was rozkładam na części pierwsze i wyciągam stamtąd co moje żeby powkładać z powrotem między swoje żebra i inne.
zbieram wszystkie niedopatrzenia, wszystkie kupki co narobiliście mi i sprzątam dzielnie malutką szczoteczką.

szuru szuru.

róbcie dalej swoje.

(12.07.2009 :: 05:55).


nie ma nic tylko historia dwóch szarych skarpet, które zostały rozwieszone po praniu. jedna skarpetka czuła się źle, było jej zimno i mokro chciała się przysunąć do drugiej ale druga zapytała tylko o co ci chodzi skarpeto masz wieczne problemy. i wisiała sobie dalej spokojnie susząc się.
mało ze sobą rozmawiały, mało sobie czułości okazywały. jak to skarpety. nic nadzwyczajnego.
budzę się rano i wymazuje wszystko co wcześniej i myślę sobie, że oto jest kolejny dzień, kiedy mogę zrobić tak wiele rzeczy. skarpety suszą się spokojnie. więc daję z siebie milion cząsteczek czułości, dotyku, zapachu, wypluwam się jak tylko mogę w kawałkach i na części przed tobą, dla ciebie i obok. a w zamian zmęczenie, zapach porannej nieświeżości i daj mi spokój chcę jeszcze pospać. słońce porankowe, śniadania na balkonie - plan na wakacje wydawał się najpiękniejszy. tymczasem wieczory w śmierdzącej kuchni, permanentne zmęczenie, nawarstwiające się problemy i może poszukam odpowiedzi na forach internetowych a może znowu spróbuję zbudować ci domek żebyś poczuł się szczęśliwy.
a może już nie mam siły.
a może ja też pójdę spać, wstanę pierwsza, powiem papa.
skarpetki skarpetkami, schnące po nocach pranie, wysprzątane przestrzenie, ojej jakie śliczne z daleka. ojej jak chciałabym odebrać telefon, w którym tym razem ktoś MI powie bezwarunkowo 'cześć, chciałem tylko zadzwonić żeby powiedzieć, że cię kocham, że dziś jest bardzo ciepło ale pamiętaj że może spaść deszcz i to wszystko, po prostu lubię twój głos". odległości zwiększają się i nie ma bezinteresownych wyznań, które właśnie po to są i temu służą, żeby niczemu nie służyć tylko być.

wiem wiem, o co mi chodzi. wiem wiem, znowu się czepiam. wiem, nudzi cie przytulanie i wszelka ogólnie czułość. i dotyki i plany na wieczór i słodkie wiadomości czułe słówka poprawianie sobie nastroju to nudy i bezsens. wiem wiem wiem.

(07.07.2009 :: 11:23).


nie wiadomo ostatnio - coś myśleć czy nic nie myśleć? czy włączać się czy się wyłączyć czy zresetować, zrestartować, nie kombinować więcej nie widzieć i nie słyszeć? nie szukać i nie znajdować i bardzo błogo sobie żyć - w nieodnalezionej nieświadomości. nie wiadomo ostatnio jak wiele oznaczają zdjęcia lub ich brak, opisy, internet z całym swoim podłym drugim dnem, internetowe bądź moim znajomym, internetowe widzę cię. czy jeśli nie ma ciebie w czyimś internecie to znaczy że nie istniejesz?
czy tylko ktoś chce żebyś nie istniała - dla innych jego ich?
czy tylko nie patrzy na to tak jak ty patrzysz i nie myśli - twoją myślą?
czy tylko jest swoją myślą - bezmyślną?
czy tylko bezmyślną myślą normalnie swoją - ale wciąż nie myślącą o twojej myśli?
i po twojej myśli nie idzie nic.

czy tylko nic nie znaczysz po prostu. i łatwiej cię niebyć niż cię potem kasować.



(19.05.2009 :: 18:02).


work in progress









oto tak łyszka pieuknie pomalowała, a ja to szafki na czarno na przykuad. równie artystycznie naturalnie.
malowana była autoryzowana stacja kosmiczna kochanków gwiezdnych przestrzeni. i ot.


(13.03.2009 :: 13:42).


2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad